niedziela, 24 maja 2015
Rozdział 2
Biegłam, a raczej uciekałam. Ale przed czym, a może przed kim? Nagle cofnęłam się w czasie, przecież to niemożliwe, a jednak. Teraz już wiem dlaczego uciekałam. Wchodzę do jego domu, drzwi były otwarte. Kieruję się do jego pokoju, jednak to co tam widzę strasznie mnie rani. Kevin całuje się z moją najlepszą i jedyną przyjaciółką - Isabelle. Szybko wybiegam z jego pokoju, nie zwracam uwagi na jego krzyki abym się zatrzymała. Biegnę przed siebie, czuję jak serce pęka mi na tysiące kawałeczków, a łzy płyną jak strumienie.
Budzę się zlana potem i zapłakana. Wspomnienia są najgorsze. Mój mózg chyba ma taką specjalną teczkę na złe wspomnienia i potem uruchamia je podczas snu. Idę do łazienki wziąć prysznic. Ciepłe strumienie działają na mnie kojąco. Po jakiś dziesięciu minutach wychodzę z kabiny. Szybko się ubieram i kieruje się do kuchni, z której wydobywa się aromat kawy.
- Cześć Jacob.
- Heeej Jen- przedłużył ziewnięciem.
- Czemu nie śpisz? Powinieneś jeszcze leżeć w łóżku, jak to robiłeś w domu.- Zdziwiłam się, bo była 6.00.
- Mógłbym cię zapytać o to samo, lecz tego nie zrobię. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
- Ok. Poddaje się - Obydwoje się śmialiśmy popijając czarną ciecz.
Była te godzina 9.00, gdy ,,jaśnie pan" David raczył wstać. Podczas jedzenia śniadania panowała miła atmosfera. Gdy już zjedliśmy zapytałam się ich:
- Chłopaki idziemy na spacer??
- No jasne! - Krzyknęli jednocześnie.
Szybko wyszliśmy z domu. Szliśmy w kierunku parku. Chłopaki tak samo jak ja podziwiali widoki miasta. Świeże powietrze działa na mnie kojąco. Rozmyślałam o tym co mnie spotkało i co może spotkać. Szłam z nie uważając na otaczający mnie świat, jednak to był zły pomysł. Nagle wpadłam na jakiegoś chłopaka.
- Jezu! Przepraszam! Nic ci nie jest?! - Co ja najlepszego zrobiłam? Mogłam iść i trochę zainteresować się światem.
- Nie nic mi nie jest. A u ciebie wszystko w porządku? - Jego niebieskie oczy patrzyły prosto w moje. Czułam jakby moje nogi robiły się jak z waty.
- Wszystko w porządku. Dobra.To cześć? - Czemu musiałam tak zareagować?
- Ok. Pa. - Czy mi się zdawało czy puścił mi oczko? Mniejsza. Szybko rozeszliśmy się w swoje strony.
- Ej...Jen.Widziałem jak na siebie patrzyliście. Będę miał szwagra?? Co?
- Jesteś idiotą? Czy Bóg ci rozum odebrał? Bo po twoich idiotycznych pytaniach tak stwierdzam. Ja nawet gościa nie znam, ale spoko.
- Nikt mi rozumu nie odebrał. Po prostu martwimy się o ciebie. Nie chcemy aby ktoś zranił cię tak jak Kevin. Co nie Job?(skrót od imienia Jacob wymyślony przeze mnie. Autorka) - Od kiedy on taki jest?! Zawsze mi dokuczał. A teraz martwi się o mnie! Jacob zawsze martwi się o wszystkich tylko nie o siebie.
- Prawda Jennifer.
- Popieprzyło cię David! Ale koniec tematu. Idziemy do domu?
- Tak - odpowiedzieli wspólnie. Szliśmy w ciszy.
Gdy byliśmy już w domu zrobiłam obiad, bo wszyscy byliśmy głodni.
Podczas obiadu trwała krępująca cisza w końcu dałam im propozycję.
- Ej słuchajcie a co myślicie o tym żeby wziąć psa? - Twierdząc po minach chłopaków zdziwili się bardzo.
- Co??? I ty mówiłaś, że mi Bóg rozum odebrał. Kto będzie się nim opiekował? Hmm? Pomyślałaś o tym, że będzie zostawał sam?
- Tak. Ja mam wszystko zaplanowane. Myślałam nad tym długo i w końcu wymyśliłam, że weźmiemy jakiegoś psiaka. - Jacob nic nie mówił tylko nam się przyglądał. W końcu wziął udział w dyskusji.
- David pomyśl pies nauczy nas odpowiedzialności. Będziemy się nim opiekować razem. - WOW! Kto to powiedzial? Mój mały braciszek.
- David zgadzasz się? - zapytałam pełna ekscytacji.
- A mam inne wyjście? No właśnie. Tak zgadzam się. - odpowiedział z uśmiechem, chciał jeszcze coś powiedzieć ale nie zdążył bo się na niego rzuciłam.
- Jennifer. Spokojnie. Idziemy dzisiaj po psa czy kiedy? - spojrzał na mnie. W moich oczach zauważył odpowiedź.
- No jeszcze się pytasz?! Oczywiście, że dzisiaj. Co nie Job???
- No jasne.
Szybko wyszliśmy z domu, kierując się do schroniska, które jak się okazało jest 20 minut drogi od naszego domu. W schronisku przywitała nas jakaś pani, która powierzyła nas opiece młodej dziewczynie jak się okazało po pewnym czasie ma na imię Susanne. Zaprowadziła nas do miejsca, w którym było pełno boksów. Chodziliśmy i patrzyliśmy na te wesołe mordy proszące o zabranie ich stamtąd. Jednak w końcu zauważyliśmy psiaka typu golden retriever. Siedział w spokoju. Jako jedyny nie skakał, nie szczekał lecz siedział i patrzył na nas wzrokiem pełnym bólu, prośby i smutku. Odrazu zdecydowałam, że to on zagości w naszym domu.
- Bierzemy jego. Jest idealny. Zakochałam się w nim.
- Dobrze. Chcecie iść z nim na spacer?
- Jeszcze pytasz nie widzisz jak ona się patrzy na tego psa? A ile on ma? - Zapytał David.
- On ma 4 miesiące wabi się Mickey. To chodźmy. - wyszliśmy ze schroniska. Po 30 minutach znowu tam wróciliśmy tylko po to aby odprowadzić Susan i załatwić formalności. Szybko się z tym uporaliśmy. Gdy wychodziliśmy dostaliśmy wyprawkę dla Mickey'a. Chodził wspaniale.
Dochodziła godzina 19.30. Pies zaaklimatyzował się w szybkim tempie. Ehhh... Jutro szkoła. Nowe znajomości, szczerze to tego nienawidzę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej wam w ten miły, leniwy niedzielny wieczór. Chcę również powiedzieć że dedykuję ten rozdział Miraabelci :3 . Dzięki, której napisałam ten rozdział. Myślę że jest ok. I jak zauważycie błędy to piszcie śmiało. A i ostatnia wiadomość każdy rozdział będę komuś dedykować tylko jeden rozdział jednej osobie.
Oczywiście jeśli tego chcecie 😁
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz